Historia Temple Grandin jest manifestem nadziei dla wszystkich rodziców, którzy usłyszeli diagnozę swojego dziecka: autyzm, spektrum autyzmu, zespół Aspergera. I tak, z premedytacją używam trzech różnych określeń. Nie dlatego, że są dziś synonimami, ani dlatego, że współczesna psychiatria traktuje je identycznie. Używam ich, aby pokazać, jak płynnie zmieniała się nomenklatura na przestrzeni dekad. Każde pokolenie miało własne definicje, własne podręczniki i własne diagnozy. Wszystkie łączyło jednak coś znacznie bardziej trwałego niż medyczne nazewnictwo – lęk. Lęk rodziców, którzy po raz pierwszy słyszeli, że ich dziecko rozwija się inaczej niż większość. Lęk przed przyszłością, samotnością, niezrozumieniem i pytaniami, na które nikt nie potrafił wtedy udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Decyzja o stworzeniu filmu opowiadającego historię Temple Grandin narodziła się właśnie w sercu jednego z takich rodziców. Producentka wykonawcza filmu, Emily Gerson Saines, była matką chłopca z autyzmem. Gdy jej dwuletni syn otrzymał diagnozę w połowie lat dziewięćdziesiątych, dominujące narracje dotyczące autyzmu koncentrowały się przede wszystkim na ograniczeniach, terapiach i problemach. W przestrzeni publicznej trudno było znaleźć historie pokazujące przyszłość inną niż nieustanna walka.
Wtedy trafiła na książki Temple Grandin: Thinking in Pictures oraz Emergence i jak wspominała później, po raz pierwszy zobaczyła zupełnie inną perspektywę: „Nagle pojawiło się źródło nadziei.”
Historia Grandin pokazała jej coś, czego brakowało w większości publikacji poświęconych autyzmowi. Pokazała osobę, która nie tylko nauczyła się funkcjonować samodzielnie, ale również wykorzystała swoją odmienność do dostrzegania rzeczy niewidocznych dla innych.
„Wiedziałam, że ta historia musi zostać opowiedziana.” – wspominała Emily Gerson Saines.
To, co Emily Gerson Saines odnalazła w historii Temple Grandin, nie było kolejną inspirującą opowieścią o człowieku, który osiągnął sukces wbrew przeciwnościom. Takich historii kino opowiedziało już wiele. Po raz pierwszy zobaczyła przyszłość, która nie była zbudowana wyłącznie z ostrzeżeń, ograniczeń i prognoz pełnych niepewności. Pod koniec XX wieku rozmowy o autyzmie bardzo często koncentrowały się wokół tego, czego dziecko prawdopodobnie nigdy nie będzie potrafiło zrobić. Diagnoza stawała się początkiem długiej listy trudności, wyzwań i przeszkód. Tymczasem historia Temple pokazywała, że ta sama diagnoza może prowadzić do zupełnie innej opowieści. Opowieści, w której odmienny sposób postrzegania świata nie jest wyłącznie źródłem problemów, ale może stać się również źródłem wyjątkowych możliwości.
Reżyser Mick Jackson wielokrotnie podkreślał, że nie ma jednej narracji zdolnej opisać doświadczenia milionów osób funkcjonujących w spektrum. Każdy człowiek jest inny, każda rodzina przechodzi własną drogę, każde dziecko doświadcza świata na swój sposób. A jednak wierzył, że można opowiedzieć historię jednej osoby tak uczciwie i tak głęboko, by stała się ona oknem do zrozumienia znacznie szerszego zjawiska.
„Jeśli zrozumiesz Temple, zrozumiesz, przez co przechodzą osoby autystyczne i ich rodziny” – mówił Mick Jackson.
W tym jednym zdaniu zawiera się właściwie cała filozofia filmu.
„INNA, NIE GORSZA”
Aby zrozumieć, dlaczego historia Temple Grandin zrobiła tak ogromne wrażenie na Emily Gerson Saines i dlaczego twórcy filmu uznali ją za opowieść wartą ekranizacji, trzeba cofnąć się do świata, w którym dorastała sama Temple. Świata, który nie tylko nie rozumiał autyzmu, ale często obarczał za niego winą rodziców.
W latach pięćdziesiątych wiedza o autyzmie była niezwykle ograniczona. Wielu specjalistów uważało go za rezultat niewłaściwego wychowania. Popularność zdobywała teoria tak zwanych „zimnych matek”, według której emocjonalny dystans rodziców miał prowadzić do zaburzeń rozwojowych dziecka.
Dzisiaj wiemy, że była to jedna z najbardziej szkodliwych pomyłek w historii psychiatrii dziecięcej.
Film bardzo trafnie pokazuje ten okres. Matka Temple musi walczyć nie tylko o edukację córki, ale także z systemem medycznym, który nie rozumie natury jej trudności. W świecie, gdzie autyzm postrzegano głównie jako problem do ukrycia lub izolowania, każda próba zapewnienia dziecku samodzielności wymagała determinacji graniczącej z uporem.
Ta historyczna perspektywa przypomina, jak młodą dziedziną jest współczesna wiedza o neuroróżnorodności. Jeszcze jedno pokolenie temu wiele osób autystycznych mogło nigdy nie otrzymać właściwej diagnozy ani odpowiedniego wsparcia.
„Different, not less.” – To zdanie stało się później jednym z najbardziej rozpoznawalnych sloganów ruchu neuroróżnorodności.
JAK WYGLĄDA MYŚLENIE OBRAZAMI WG TEMPLE GARDIN
Najbardziej niezwykłym elementem filmu nie jest jednak sama historia życia bohaterki. Twórcy próbują odpowiedzieć na pytanie, które od dawna fascynuje neurologów i psychologów: czy różne mózgi mogą dosłownie doświadczać rzeczywistości w odmienny sposób?
Temple Grandin wielokrotnie opisywała swój sposób myślenia jako „myślenie obrazami”. Kiedy słyszy słowo, nie pojawia się ono w jej umyśle jako abstrakcyjne pojęcie. Powstaje natychmiastowa sekwencja konkretnych wizualnych wspomnień, szczegółów i skojarzeń.

To właśnie tutaj film wykonuje coś, czego wcześniej niemal nie próbowano w opowieściach o autyzmie. Zamiast obserwować Temple z zewnątrz, widz zostaje zaproszony do jej sposobu postrzegania rzeczywistości. Nie ogląda wyłącznie zachowań bohaterki, ale doświadcza procesu, który do tych zachowań prowadzi. Dzięki temu autyzm przestaje być tajemniczym zbiorem cech obserwowanych przez otoczenie, a staje się sposobem organizowania świata przez ludzki umysł.
Tym sposobem otrzymaliśmy rzadką możliwość zajrzenia do wnętrza procesu poznawczego.
Współczesne badania nad autyzmem pokazują, że wiele osób w spektrum rzeczywiście wykazuje odmienne wzorce przetwarzania informacji. Nie oznacza to istnienia jednego „autystycznego umysłu”, lecz wskazuje, że różnorodność neurologiczna może prowadzić do alternatywnych strategii rozwiązywania problemów, rozpoznawania wzorców i analizowania otoczenia.
Film nie przedstawia autyzmu jako supermocy ani jako tragedii. Pokazuje go jako odmienną architekturę poznawczą, która niesie zarówno ograniczenia, jak i wyjątkowe możliwości.
OSTATECZNIE „TEMPLE GRANDIN” NIE JEST FILMEM WYŁĄCZNIE O AUTYZMIE.
Przez większość historii ludzie zakładali, że ich sposób widzenia świata jest jedynym właściwym sposobem interpretowania rzeczywistości. Tymczasem rozwój neuronauki coraz wyraźniej pokazuje, że świat, którego doświadczamy, jest konstrukcją tworzoną przez mózg. A jeśli mózgi różnią się między sobą, różnić się mogą również sposoby rozumienia tej samej rzeczywistości.
Historia Temple Grandin przypomina, że innowacje bardzo często rodzą się właśnie na styku odmiennych perspektyw. To, co dla jednych wydaje się odstępstwem od normy, dla innych może być źródłem odkryć, których większość nigdy by nie dokonała.

Film HBO pozostaje aktualny nie dlatego, że opowiada historię wyjątkowej kobiety. Pozostaje aktualny dlatego, że zmusza do zadania niewygodnego pytania.
Ile kolejnych Temple Grandin moglibyśmy nigdy nie dostrzec, gdybyśmy nadal oceniali ludzi wyłącznie przez pryzmat tego, jak bardzo przypominają większość?
Być może właśnie dlatego historia Temple tak mocno wybrzmiała w sercu Emily Gerson Saines. I być może dlatego, ponad piętnaście lat po premierze filmu, nadal trafia do rodziców, którzy po raz pierwszy słyszą diagnozę swojego dziecka. Nie daje prostych odpowiedzi ani gwarancji szczęśliwego zakończenia. Przypomina jednak o czymś niezwykle ważnym: diagnoza nie jest opowieścią o przyszłości. Jest jedynie punktem, od którego ta przyszłość dopiero zaczyna się pisać.







Dodaj komentarz